[ARB] Święto pracy i robotników Achille Landauer | 01. 05. 2012

arbeiter

Achille Landauer | 01. 05. 2012

 

 

Święto Pracy jest w sposób naturalny najważniejszym świętem tak dla CGP, jak i dla mas robotniczych całych Austro-Węgier. Tego dnia każda organizacja robotnicza organizuje obchody w miarę swoich możliwości. Tak też jest dziś – robotnicy Monarchii w wielu miastach wylegli na ulice, organizując świąteczne przemarsze. Na ulicach dominuje dziś kolor czerwony.

 

maj2

Przemarsz ulicami Bratysławy

Wiedeń, Budapeszt, Praga, Zagrzeb, Lwów, Sarajewo, Bratysława – we wszystkich tych i wielu innych miastach obchody zorganizowało CGP lub zrzeszone w nim lokalne giełdy pracy. Ku zaskoczeniu wszystkich, dyrekcja CGP zdecydowała się jednak zorganizować główne obchody nie w jednej ze stolic, ale w Wiener Neustadt, niezbyt wielkim mieście w dolnej Austrii. Jest to faktycznie ośrodek robotniczy, jednak konkretne przyczyny były częściowo trzymane w ukryciu. Pomimo tego, w tym niewielkim miasteczku zgromadziło się około 10 tysięcy robotników obojga płci, zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych.

Wszystko wyjaśniło się wkrótce po wielkim przemarszu robotników głównymi arteriami Wiener Neustadt (Grazer Strasse, Puchberger Strasse, Maria-Theresien Ring, Ferdinand Porsche Ring), kiedy genosse Achille Landauer w swoim przemówieniu ogłosił powstanie Instytutu Myśli Robotniczej – placówki naukowo-edukacyjnej zarządzanej przez TUR (Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego). Ma to być szczególne miejsce, dar lokalnych organizacji robotniczych dla całej Monarchii, a sama data otwarcia odnosi się nie tylko do święta pracy, ale i do niedawno obchodzonego 7-lecia Monarchii.

W swoim przemówieniu tow. Landauer ostrymi słowami odniósł się do obecnej sytuacji ludu pracującego na terenie Monarchii, potępił występki kapitalizmu i klas posiadających, a także zapowiedział kontynuowanie wysiłków na rzecz budowy sprawiedliwej, robotniczej Wspólnoty Naddunajskiej. Po nim przemawiało kilku innych lokalnych działaczy, zachęcając robotników do zdwojenia codziennych wysiłków w samoorganizacji i działalności związkowej, bo – jak argumentowali – tylko zorganizowana klasa robotnicza ma szansę zwyciężyć nierówny bój z posiadającymi.

Dzisiejsze obchody, przynajmniej ze strony organizacji robotniczych, zakończą się około godziny 19.00 – kiedy to zaplanowany przemarsz skończą ostatni robotnicy z Koszyc. Wszystko to, co można było dziś na ulicach zobaczyć budzi nadzieję, że solidarność klasy robotniczej w Monarchii rośnie – i będzie ona w stanie aktywnie walczyć o swoje prawa. Czego i sobie i czytelnikom Redakcja Die Arbeiter najserdeczniej życzy z okazji 1 maja.

Reklamy

[ARB] Strajk w Wiener Neustadt

arbeiterAchille Landauer | 23. 04. 2012

 

 

Takiej sytuacji nikt się nie spodziewał, nawet członkowie i kierownictwo lokalnej komórki związkowej. W czasie krótkiej, kilkunastominutowej przerwy, jaka następuje ok. godziny 16 w momencie zakończenia pracy przez jedną zmianę i podjęcia jej przez zmianę następną, w kłębiącym się tłumie robotników iskra wywołała pożar. Iskrą tą była informacja, czy też raczej plotka, że na wskutek niskiej sprzedaży samochodów Austro-Daimler zarząd fabryki będzie dokonywać zwolnień – a być może zrezygnuje nawet z całej jednej zmiany, a pozostali będą mieli obciętą dniówkę.

Nie trzeba było nic więcej, żeby masa robotników zmieniła się w prawdziwe gniazdo szerszeni. Reprezentanci lokalnej giełdy pracy jeszcze przed końcem przerwy stawili się u dyrektora fabryki w Wiener Neustadt, żądając informacji nt. potencjalnych zwolnień i obniżki płac. Udzielona przez niego wymijająca odpowiedź ich w żadnym razie nie zadowoliła – w związku z czym na zwołanym ad hoc zebraniu, uchwalono rozpoczęcie strajku okupacyjnego. Wzięli w nim udział zarówno pracownicy drugiej zmiany, jak i wielu z pracowników pierwszej zmiany.

Dyrekcja fabryki bezskutecznie usiłowała interweniować. Powtórzone do całej grupy tłumaczenia dyrektora nie przekonały robotników, zawiodła także próba rozbicia solidarności strajkujących przez stwierdzenie, że w razie faktycznych zwolnień, to strajkujący stracą pracę w pierwszej kolejności. Już w trzy godziny po rozpoczęciu strajku, dyrekcja wezwała żandarmerię, która obsadziła wejścia do fabryki, uniemożliwiając powrót kilku pracownikom, których wcześniej komitet strajkowy czasowo zwolnił do domów. Wkrótce potem, po formalnym wezwaniu do opuszczenia terenu fabryki, żandarmi podjęli próbę szturmu, używając granatów dymnych, gazów łzawiących a następnie pałek. Robotnicy stawili opór, po prawie półgodzinnej walce na pałki, kije i kamienie wypierając ich za bramy fabryki. Mimo kilku mniejszych kontuzji, nie doszło na szczęście do żadnych poważniejszych zranień.
W obliczu niepowodzenia próby siłowego rozwiązania konfliktu, a także groźby rozszerzenia strajku (w sprzeciwie wobecbrutalności żandarmerii) na tradycyjnie rewolucyjnych robotników Wiener Neustädter Lokomotivfabrik. W tej sytuacji kierujący operacją odrzucił propozycję wykorzystania kadetów z Theresianische Militärakademie w stłumieniu strajku. Dyrekcja fabryki, rezygnując z siłowego rozwiązania konfliktu, zwróciła się do centrali Austro-Daimlera o instrukcje…

[ARB] Jak prawnicy szkodzą prawu…

arbeiterAchille Landauer | 16. 04. 2012

 

 

… czyli dlaczego prawnicza formalina nie powinna rządzić państwem [1]

Prawnicy nie rozumieją prawa. Och, znają się na nim dość dobrze żeby pełnić swoją funkcję – pamiętają paremie, zasady prawa, niekiedy całe artykuły i paragrafy oraz precedensy – i zawsze gotowi są wytknąć błąd w definicji czy interpretacji, dopatrzeć się uchybień. Także w samym prawie – ale w przeciwieństwie do zwykłego człowieka, prawnik kiedy zobaczy błąd, przeoczenie czy zwykłą nieścisłość w prawie nie wzruszy ramionami i będzie działał dalej, ale rozłoży ręce i powie – „nic nie mogę zrobić”. Bo prawnik, jakkolwiek by nie narzekał na niedoskonałości prawa – jest w nim zakochany i jego każde naciągnięcie jest dla niego równą zbrodnią, co jego otwarte złamanie.

Tego typu prawnik jest fanatykiem, zapałem swym dorównującym temu religijnemu. Dla niego każdy kompromis, każde uchybienie jest równym grzechem, równą moralną degrengoladą. Dla prawnika nikt nie stosuje dość doskonale prawa – tak jak dla fanatyka nikt nie jest dość moralny w świetle danej świętej księgi. Nic dziwnego, że religijne kodeksy tak często przyjmują sobie miano prawa.

Jeszcze jedno religia ma wspólnego z prawem dla takich prawników – kwestia interpretacji. W jednej z dyskusji usłyszałem, że tylko Sąd Najwyższy może interpretować prawo, co natychmiast skojarzyło mi się z religią katolicką i jej systemem interpretacji. Pomijając podstawowy błąd leżący w tym stwierdzeniu, to ujawnia on pewien styl myślenia, który widziałem chociażby u – proszę wybaczyć, że wymieniam personalnie – barona Szücsa, gdy miałem zaszczyt występować w Zgromadzeniu Parlamentarnym jako przedstawiciel przy okazji prac nad ustawą o pomocy publicznej. Pan baron, podówczas Przewodniczący, stwierdził, że skoro w regulaminie nie jest wymienione w każdym miejscu obok „wnioskodawcy” również „lub jego przedstawiciel”, to kolejne przywileje wnioskodawcy przedstawicielowi się nie należą. Co oznaczało tyle, że nie należą mu się żadne. Przy okazji Pan Przewodniczący nie omieszkał poinformować mnie, że źle rozumiem pojęcie „racjonalnego ustawodawcy” i westchnąć na niedoskonałością regulaminu. To taka prawnicza postawa w pigułce.

Czego zatem nie rozumieją prawnicy? Nie rozumieją roli, pochodzenia i istoty prawa. Nie rozumieją, że kiedy przepis nie jest jasny, to znaczy że trzeba go interpretować, a nie porzucać wszelkie działanie. Że procedurę można zmienić lub nagiąć, jeżeli odbiega od rzeczywistości. Że rolą administracji państwowej nie jest realizacja prawa – a realizacja zadań państwa, z pomocą prawa, jeżeli faktycznie jest pomocne, lub wbrew niemu, jeżeli akurat przeszkadza.

Dlatego właśnie prawnicy nie powinni rządzić. Bo zazwyczaj pamiętają o swoich obowiązkach prawnika, a nie o obowiązkach urzędnika. Zapominają o prawie obywatela do dobrej administracji, zaślepieni elitarnym poczuciem wyższości, wskazując na błędy w procedurach, uchybienia w działaniach, ułomności w prawie. Administracja ściśle zgodna z prawem niekoniecznie musi znaczyć „dobra administracja”. Dobra administracja, to administracja przyjazna obywatelowi. Administracja, która interpretuje prawo na jego korzyść, nie przeciwko niemu, lub w ogóle wstrzymuje się od działania jeżeli nie ma pewności.


[1] Z góry należy zastrzec, że mówiąc w tym artykule o „prawnikach” upraszczam, mając na myśli osoby, które z prawa, regulaminów i procedur czynią sobie bożków na wzór złotego cielca, którym oddają cześć i których podejście do prawa jest równie ścisłe co pozbawione jakiejkolwiek wyobraźni.

[ARB]”Cudzoziemcy” w Budapeszcie

arbeiterAchille Landauer | 11. 04. 2012

Ruch Autonomii Kulturalnej (Zalitawii), pomimo ciągłego oczekiwania na formalną rejestrację, postanowił zamanifestować swój sprzeciw wobec madziaryzacyjnej polityce prowadzonej na terenie całej Korony Świętego Stefana. Ulicami stolicy przeszła wielotysięczna manifestacja pod nazwą „Marsz cudzoziemców”.

„Cudzoziemcami” byli przyjezdni ze wszystkich krańców Królestwa, choć największa grupę stanowili Ci spośród przedstawicieli wszystkich grup narodowościowo-etnicznych, którzy na co dzień mieszkają i pracują w stolicy i stanowią jasny przekaz, że nie Węgrzy są jedynym narodem w tym państwie. Wszyscy maszerowali pod różnymi flagami narodowymi – barwy słowackie, chorwackie, serbskie, rusińskie, szeklerskie, romskie i żydowskie powiewały wymieszane nad całym pochodem. Wszystkiemu towarzyszyły też barwy węgierskie. Tu uwagę zwracał jeden z transparentów, niesiony przez etnicznych Madziarów i otoczony zielono-biało-czerwonymi flagami, głoszący „Równi w cudzoziemstwie/obcy we własnym państwie”.

Marsz przeciągnął przez całą stolicę Zalitawii, spotykając się z różnym przyjęciem. W rejonie nadbrzeża Rudolfa doszło wręcz do starcia z grupkami nacjonalistów, którzy wykorzystując fakt, że kordon policyjny był raczej dość luźny, obrzucili maszerujących kamieniami i butelkami. W odpowiedzi grupka co bardziej bojowo nastawionych manifestantów, m.in. członkowie robotniczych grup samoobrony przerwała kordon i weszła w bezpośrednie starcie z nacjonalistami. Dopiero po dziesięciu minutach bójki doszło do rozdzielenia obu stron przez wzmocnione oddziały policji. Aresztowano łącznie kilkaset osób z obu stron konfliktu, kilkanaście z różnymi obrażeniami odwieziono do budapeszteńskich szpitali, obyło się jednak bez poważniejszych ran czy zagrożenia życia. W tym czasie większość maszerujących pociągnęła dalej, na most łańcuchowy.

Po tym jak przekroczono Széchenyi lánchíd, pochód zatrzymała się. Następnie wielokolorowa manifestacja wzniosła okrzyki we wszystkich językach Królestwa, domagając się kulturowego równouprawnienia wszystkich narodów i odrzucenia turańskiego, panmadziarskiego nacjonalizmu, który jest od dawna obowiązującą ideologią promowaną przez Monarchę i władze państwowe. Wszystkie te apele odbijały się głębokim echem w tunelu naprzeciw mostu, jak potem powiedział jeden z manifestantów „wprawiając w drżenie skostniałe fundamenty madziarskiego szowinizmu„. W kulminacyjnym punkcie manifestacji tow. Achille Landauer publicznie odczytał swoją deklarację przynależności do egalitarnej wspólnoty narodów i ludów Królestwa Węgier, będącej przeciwstawieniem się szowinistycznej „deklaracji przynależności do Narodu Węgrów”, do której składania nakłaniani są tak Węgrzy, jak i elity innych narodowości Zalitawii. Nieoficjalnie mówi się, że o ile na etnicznych Węgrów patrzy się przez palce, to niezłożenie tej deklaracji może dla tzw. madziaronów być poważną przeszkodą w obejmowaniu funkcji publicznych. Deklaracja ta uważana jest poniekąd za credo madziarskiego nacjonalizmu – i jako taka jest od dawna obiektem ataku ze strony środowisk autonomistycznych.

Na moście główny pochód się zakończył, jednak można uznać, że wracający do domów czy tymczasowych noclegów manifestujący tak naprawdę rozdzielili się na kilkaset mniejszych pochodów, które przeciągnęły przez cały Budapeszt. W całym mieście pełno było flag, śpiewów i nawoływań, na szczęście obyło się bez większych dalszych incydentów ze strony lokalnych nacjonalistów. Szczególnie głośni okazali się być siedmiogrodzcy Rumuni – kilku zostało zatrzymanych przez budapeszteńską policję po tym jak ok. godz. 23 wdrapali się na pomnik cesarza Leopolda na placu Bohaterów i powiewali z niego rumuńską flagą.

[ARB] Prezydent Ministrów odpowiada Rotbergowi

arbeiter Achille Landauer | 06. 04. 2012

Niedawno w „Monarchie Zeitung” ukazał się list p. Riccardo von Rotberga do Prezydenta Ministrów JCiKM, p. Ferenca Batthanyego, w którym p. Rotberg wyrażał wątpliwości co do polityki gospodarczej rządu oraz zadawał serię pytań co do działań Prezydenta Ministrów w sprawie gospodarki. Odpowiedź, jak donosiło Rządowe Centrum Informacji została udzielona w dniu wczorajszym, jednak nie poznaliśmy wówczas jej treści, a jedynie opinię Prezydenta Ministrów nt. tego typu apolitycznych specjalistów obserwujących działalność rządu.

 

Dziś, za zgodą p. prezydenta Batthanyi’ego przedstawiamy pełną treść jego odpowiedzi.

Wiedeń, 03.04.2012.

Ferenc Batthyany
Kancelaria Prezydenta Ministrów

Do: Riccardo von Rotberg

Na początku chciałbym serdecznie Panu podziękować za Pana obywatelską aktywność w postaci stworzenia Instytutu Ekonomicznego. Niezwykle cieszę się z faktu, że obywatele mają tak ciekawe inicjatywy. Odpowiadając na pańskie pytania chciałbym zaznaczyć, że w związku z niedotrzymaniem przeze mnie terminu co do znalezienia kompetentnej osoby na stanowisko Ministra Finansów podałem się do dymisji. Niestety moja dymisja nie została przyjęta. Poszukiwania nadal trwają, mogę jedynie zapewnić, że rząd robi wszystko co w jego mocy, aby znaleźć odpowiedniego kandydata. Tak, projekt budżetu został już przedstawiony Zgromadzeniu Parlamentarnemu, obecnie trwa pierwsze czytanie projektu.

Oczywiście, że wynagrodzenia za miesiąc luty zostaną wypłacone, w tym miejscu muszę przeprosić wszystkich urzędników za zwłokę w tej sprawie. Wypłata wynagrodzeń nastąpi w ciągu kilku najbliższych dni. Co do polityki gospodarczej to rząd zamierza ponownie złożyć projekt ustawy o wspieraniu przedsiębiorczości, ponadto trwają również przygotowania do wprowadzenia reformy „działkowej”. Mogę Pana zapewnić, że pański projekt ustawy o zamówieniach publicznych jest obecnie omawiany. Ja także dostrzegam wagę kwestii sprowokowanie do działalności produkcyjno-usługowej mieszkańców, powinien to być fundament naszej gospodarki.Dlatego też między innymi poprzez pomoc przedsiębiorstwom staramy się skłonić obywateli do działalności gospodarczej.

Jeśli moje odpowiedzi nie usatysfakcjonowały Pana to z chęcią udzielę Panu dalszych wyjaśnień, wyrażam też nadzieję, że Pan jako niezależny ekspert będzie „czuwał” nad rządowymi projektami dotyczącymi gospodarki opiniując je.

[ARB] Krytyka a krytykanctwo

arbeiterAchille Landauer | 18. 03. 2012

 

 

W komentarzu „Krytycznie wobec ustawy o wspieraniu przedsiębiorczości”, opublikowanym na stronie Instytutu Ekonomicznego, były premier von Rotberg podjął się trudu, no właśnie, krytyki projektu ustawy o wspieraniu przedsiębiorczości. Pytanie – czy Pan von Rotberg, ekspert w sprawach gospodarczych (wszak sam tak o sobie pisze), poświęcił chwilę, żeby zbadać, czym różnią się od siebie krytyka i krytykanctwo? Zdaje się, że różnica między nimi nieco mu umknęła. Nie podjął się również trudu wytłumaczenia o co tak naprawdę mu chodzi (ani w części ekonomicznej krytyki, ani w politycznej). Tym niemniej – podejmę się trudu przebrnięcia przez jego komentarz i rozłożenia go na czynniki pierwsze, a następnie – odpowiedzenia.

Pierwszym aspektem ustawy, który krytykowany jest przez byłego Prezydenta Ministrów jest fakt, że potrzeba jedynie 180 koron wkładu własnego, aby założyć firmę – jego tłumaczeniem (negatywnego wpływu takiego faktu) jest: „tak niska kwota, jaką należy posiadać na założenie podstawowego przedsiębiorstwa nie może stanowić o potencjale zarządzającym firmy„. Wypowiedź ta budzi moje zdumienie – bo jak kwota, którą trzeba posiadać na założenie przedsiębiorstwa ma się do „potencjału zarządzającego”? Warto też zwrócić uwagę, że nie bardzo wiadomo, skąd p. von Rotberg wziął te 180 koron – nie podał żadnych obliczeń, ani nie wyjaśnił, jak to się ma do istoty reformy.

A istotą zmiany względem obecnego systemu jest to, że każdy nowy mieszkaniec może sam podjąć działalność gospodarczą. Do tej pory, nie było to możliwe – subwencje, nawet w maksymalnej wysokości, nie pokrywały wysokości kapitału początkowego, a to oznaczało – że każdy nowy przedsiębiorca musiał zdawać się na łaskę innych obywateli – od ich potencjalnej pomocy (de facto jałmużny) uzależnione było, czy będzie mógł założyć przedsiębiorstwo. Czy naprawdę zmuszenie potencjalnych przedsiębiorców do żebractwa jest potrzebne, aby zmierzyć „potencjał zarządzający firmy?”

Kolejnym argumentem przedstawionym przez naszego eksperta-komentatora, jest nadmierne wydatkowanie środków publicznych, nadmierne dotacje i nieograniczanie ich wysokości (sic!). Pomijając już oczywisty absurd tego ostatniego stwierdzenia, ustosunkuję się do całej reszty. Nie będzie to problemem, gdyż sam do niedawna myślałem w tych kategoriach… zanim zapoznałem się z ogólną sytuacją finansową Skarbu Państwa i rynku. Pan von Rotberg, jako wielokrotny Minister Finansów powinien wiedzieć to, o czym mnie uświadomiono przy okazji dyskusji o podatku pogłównym – że Skarb wręcz pęka od pieniędzy, które należałoby, aby stymulować gospodarkę, przekazać przynajmniej po części społeczeństwu. Stąd też argument „wydatki są nadmierne” to obecnie pusty populizm.

Z drugiej strony, co z wydatkowaniem nieracjonalnym czy nieefektywnym (słowa te padają z ust Pana von Rotberga co chwilę)? Trudno się odnieść do tego oskarżenia – bo nie pada żaden konkret, co jest czy byłoby tym nieracjonalnym wydatkowaniem. Parafrazując – intencje krytyczne może i dobre, ale faktycznie – wykonanie fatalne.

Dalej krytyka powtarza zgłoszone wcześniej wątpliwości barona Szücsa, ale w dalece gorszym stylu. Już samo stwierdzenie, że Ministrowi pozostawiono „zbyt duże pole działania” sugeruje pewną wewnętrzną sprzeczność. Przyjmijmy jednak, że faktycznie chodziło o „zbyt dużą swobodę podejmowania decyzji”. Szkoda, że p. von Rotberg nie zdecydował się odnieść do mojej odpowiedzi na zarzuty barona Szücsa, pomimo, że miał taką możliwość. Wymagało by to jednak zapewne użycia argumentów w miejsce pustych oskarżeń, a były Prezydent Ministrów ma pewnie lepsze rzeczy do roboty.

Pochylmy się nad jednym przykładem – mój projekt pozostawia Ministrowi Finansów ocenę, które regiony są słabiej rozwinięte, co, jak triumfalnie punktuje von Rotberg „może prowadzić do nadużyć”. Cóż, ocenie czytelnika pozostawiam, czy takie rozwiązanie jest gorsze od skrupulatnego wymienienia w ustawie 21 miejscowości, w których umieszczenie siedziby uprawnia do pozycji uprzywilejowania. Zwrócę uwagę, że lista ta idzie wg. uznania byłego Prezydenta Ministrów , czyli „kiepsko jest na wschodzie, południu i w Vorarlbergu”, a nie wg. rzeczywistej kondycji gospodarczej kraju, która bynajmniej nie musi być tradycyjna i historyczna. No i pytanie – skoro Bregenz i Feldkirch, to czemu nie Bludenz czy Dornbirn? Dlaczego ustawa ma ograniczać możliwość prowadzenia działalności w mniejszych, a równie biednych miejscowościach?

Zmierzając do końca tego artykułu, chciałbym powiedzieć, że z przyjemnością podejmuję dyskusję, jeżeli jest ona rzeczowa. Póki co z jednej strony dyskusji nie podjął baron Szücs (zasłaniając się procedurami), z drugiej – p. von Rotberg, zadowalając się pustymi oskarżeniami, których nie podparł konkretami, ukrywając ich brak za stworzoną przez siebie iluzją: „jestem ekspertem i wiem co mówię”. Tym niemniej – pozostaję otwarty na rzeczową dyskusję i jeżeli któryś z Panów, lub ktokolwiek inny, będzie chciał do takiej przystąpić – nie widzę problemu.

[ARB] Szmoncesy naddunajskie, odc. V

arbeiterAchille Landauer | 05. 03. 2012

 

 

Przed sądem w Wiedniu spierają się – o sprawy finansowe – Landauer i Kosić.
– Jest mi winien pięćset koron i nie oddaje! – skarży Kosić.
– W tym miesiącu nie mogę zapłacić ani grosza, nie mam z czego! – tłumaczy się Landauer.
– To samo mówił przed miesiącem i dwa miesiące temu!
– No i co? Może nie dotrzymałem słowa?

Panna Wilhelmina Bonder-Gross po długim nagabywaniu przyjęła brylantowy pierścionek od natarczywego wielbiciela. Chcąc jednak sprawdzić na ile kawaler ją naprawdę ceni, udała się do jubilera, aby oszacował wartość podarku. Następnego dnia odesłała „narzeczonemu” pierścionek w małej paczuszce, opatrzonej dużym napisem: „Uwaga, szkło!”

Do Prezydenta Ministrów, Ferenca Batthyanyego dotarły plotki, jakoby żona zdradzała go z baronem Szücsem. Ten puszczał to mimo uszu, pewnego razu jednak znienacka przyłapał parę in flagranti. Zerknął tylko na nieco przejrzałe uroki swojej małżonki, pokręcił głową i rzekł tylko:
– Jednego nie rozumiem. Ja muszę – ale Ty?

Karl Kanzler – przy okazji jeszcze pełnienia swojej funkcji prokuratora – wybrał się w trakcie jarmarku do Koszyc. Tam niestety dla niego wszelkie hotele były wypełnione. Wreszcie właściciel jednego z nich, zmęczony nagabywaniem prokuratora, zaproponował:
– Na pierwszym piętrze dwuosobowy pokój wynajął pewien bogaty żyd-hurtownik. Pan idzie do niego, zapyta, może będzie mógł Pan przespać się w drugim łóżku.
Kanzler idzie na górę, tam, stając w progu, spostrzega że pobożny Żyd odmawia „osiemnaście błogosławieństw”, najważniejszą modlitwę, w trakcie której nie można odezwać się ani słowem. Prokurator pyta jednak:
– Szanowny Panie! Przysyła mnie gospodarz. Czy pozwoli mi pan przespać się w drugim łóżku?
Hurtownik, nie odrywając oczu od modlitewnika, pokiwał głową, że tak. Na co prokurator zapytuje śmielej:
– Ponieważ mam do załatwienia sporo interesów w mieście, pozwoli Pan, że wrócę późnym wieczorem?
Hurtownik, nadal odmawiając modlitwę, znów pokiwał potakująco.
Kanzler, mając już wychodzić, postanowił zadać ostatnie pytanie:
– Hmm, ponieważ nie wszystko mogę załatwić na mieście, czy wracając tym późnym wieczorem, mogę przyprowadzić tu hm… kobietę na hmm… „przesłuchanie”?
Pobożny hurtownik nie oderwał oczu od modlitewnika, a tylko uniósł do góry d w a palce.

Tytułem wstępu – jedną z popularniejszych bohaterek wiedeńskich anegdot była pani Róża Pollak von Parnegg, przedstawicielka uszlachconych przez austriackiego monarchę neofitów o mojżeszowym pochodzeniu, które to wychodziło ponoć przy każdej okazji…

Wkrótce po swoim chrzcie, pani Róża udała się z córką Malwiną do katedry Świętego Szczepana. Tam podjęła się trudu „krześcijańskiej” edukacji swojego dziecka.
– Widzisz, Malwińciu, to jest Dom Boży…
– Ale przecież Pan Bóg mieszka w niebie?
– Tak. Ale tutaj ma swój geszeft.

Maż pani Pollak wyjechał na kurację do uzdrowiska Nauheim. W tym czasie zmarła jego siostra. Na Różę spadł obowiązek powiadomienia męża. Upomniana przez znajomych, aby zrobiła to ostrożnie, bo mąż choruje na serce, pani Pollak von Parnegg wysłała mu depeszę o treści: „Adela lekko zachorowała. Stop. Pogrzeb w czwartek.”

Pani Róża je obiad w wykwintnej francuskiej restauracji, gdzie wybrała się z mężem. Kelner postawi na stole szklankę wody. Zaskoczona pyta łamaną francuszczyzną:
– Kes kese?
– Un verre d’eau – brzmi odpowiedź zaskoczonego kelnera.
Pani Róża ostrożnie kosztuje, po czym zwraca się do męża:
– Wiesz Moryc, gdybym nie wiedziała, że to werdo, mogłabym przysiąc, że to czysta woda.

Po tym samym obiedzie, w hotelu, cierpiąc od upału a nie mając pod ręką nic orzeźwiającego, Pani Róża zadzwoniła po pokojówkę, jednocześnie pytając męża:
– Czy nie wiesz, jak będzie po francusku „ode koloń”?

Zwiedzając muzeum sztuki antycznej, państwo Pollak von Parnegg przystanęli przed jedną z rzeźb.
– To chyba alabaster – stwierdził z miną znawcy pan Pollak.
– Nie kompromituj się, przecież w katalogu wyraźnie pisze, że to Wenus – dogryza mężowi pani Róża.

Znajomy zaczepił szacownego von Rotberga:
– Czy to prawda, że ponoć strasznie kłócisz się z żoną?
– No bywa, ale to chyba w każdym małżeństwie tak jest…
– No ale o was to mówią, że ty ją okładasz kijem – a ona Ciebie wałkiem…
– Przesada, wcale nie zawsze. Czasem ja łapię za wałek, a ona za kij…