IWAN Z KUNDLAMI – MAMY ZDJĘCIA!

Boogie Zeitung

Napisane przez:
Karla Nicolausa von Habsburga dnia 18-ego kwietnia 2015 r.

A jednak, doniesienia z Hasselandu podane nam na talerzu okazały się prawdziwe! Tamtejszy kacyk Iwan Roman Filip Nie-Ma-Bata Wietrzny faktycznie uganiał się za ujadającymi kundlami. Niestety udało mu się złapać tylko jednego – ten najwidoczniej najwolniej hassał – a wabi się ponoć Hasseland. Jak dowiedzieli się nasi reporterzy, reszta uciekła najprawdopodobniej do Al Rajnu, bo wolą już być przerobione na kebab niż brać udział w dopiero co zwołanej schizofrenicznej zabawie Wani – dżihadzie przeciwko ujadającym wiatrakom. Tak mili państwo, wszystkie te szesnastowieczne przepowiednie wreszcie się spełniają (podobno Don Kichot też się pisze)! Z resztą oceńcie sami!

Iwan Romek ze swoim kundlem Hasselandem

Iwan Romek ze swoim kundlem Hasselandem

A już niedługo nas reporterzy będą mieli dla Was coś specjalnego – zdjęcia ze wspólnego polowania Wani Romka i Don (schizofrenicznego) Chichota na ujadające wiatraki! Kupujcie naszą prasę, tylko ona prawdę Wam powie!

 

Gdzie jest Monarcha?

Boogie Zeitung

Napisane przez:
Karla Nicolausa von Habsburga dnia 11-ego marca 2015 r.

Zaskakujące doniesienie płyną z Cesarskiego i Królewskiego Dworu! Nasze źródła podają, że Jego Cesarska i Królewska Mość od kilku dni przebywa w Hofburgu. Ponoć powrót powrót z nieznanego do tej pory nikomu miejsca jest już na stałe.

Ale to nie jest wszystko! Pojawiły się pogłoski, że Jego Cesarska i Królewska Mość wrócił z wybranką lub wybrankiem (różne źródła podają różne informacje). Niestety, Wielki Ochmistrz Dworu odmawia odpowiedzi na jakiekolwiek pytania i ucina krótko: „Dwór wyda w odpowiednim czasie stosowne oświadczenie”. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak tylko czekać, czy nasze doniesienia się potwierdzą! Jesli tak, może to oznaczać, że pierwszy raz od wielu lat austro-węgierski Monarcha będzie miał kogoś u swojego boku.

Pytaniem otwartym pozostaje jednak nadal, czy jest to prawda? I które z wiadomości są prawdziwe? Czy Maksymilian Teodor I w ogóle wrócił?

[BZ] Herbaciane Rozmowy (cz. 1)

news Isabella Marie Swan | 11. 11. 2011

 

 

Witam po dłuższej przerwie. Jako, że ostatnim miejscem mojego pobytu poza MAW, była Wielka Polondia w której znalazłam wielu przyjaciół, pozwoliłam sobie na krótką rozmowę z moim przyjacielem, prezydentem Wielkiej Polondii – Malcherem Estery Naw. Rozmawialiśmy o tym co myśli on o MAW, oraz o tym jak widzi współpracę naszą na płaszczyźnie kulturowym i nie tylko. Zapraszam do lektury.

Jest to początek artykułów poświęconych na rozmowy z innymi obywatelami Mikroświata o ich ojczyźnie i o tym jaki stosunek mają do MAW.

IMS: Witaj Malcher. Dziękuję ci, że znalazłeś chwilę czasu w swoim napiętym grafiku, na rozmowę ze mną. szczególnie, że przyjmujesz mnie w Pałacu Prezydenckim, którego okazji jeszcze nie miałam zwiedzić. Mam nadzieję, że po wywiadzie załapię się na malutką wycieczkę?!

MEN: Witaj Isabello. To dla mnie niezwykła przyjemność móc Cię gościć. Oprowadzenie… liczyłem, że o to zapytasz. Oczywiście!

IMS: No to może zacznijmy od takiego prostego pytania. Z tego co mi wiadomo byłeś w Monarchii Austro-Węgierskiej jakiś czas temu. Czy coś się zmieniło od tego czasu u nas? Jaki w ogóle masz stosunek do MAW?

MEN: Miałem przyjemność dwukrotnie odwiedzić Monarchię Austro-Węgierską. Obie wizyty należy zaliczyć do udanych i przyjemnych, dlatego też stosunek do Monarchii mam jak najbardziej pozytywny. Czy coś się zmieniło? Z pewnością rząd, ludzie, jednakże Monarchia na szczęście pozostaje niezmieniona, co daje jej charakterystyczny klimat.

ISM: Jak myślisz, czy po tym jak w MAW zostanie powołany nowy rząd, współpraca kulturowa dalej będzie utrzymana? Teraz jakby nie patrząc praca opierała się o współpracę przyjaciół. Jak sądzisz czy coś się zmieni?

MEN: Trudno przewidywać co nam życie przyniesie i nowy rząd. Mam jednak nadzieję, że współpraca będzie kontynuowana i rozwijana z zainteresowania obydwu państw. Z pewnością będzie to inna relacja, jednakże trudno cokolwiek przesądzać na początku. Czas pokaże czy ta relacja będzie na tyle mocna, by zaowocować udaną współpracą. Bądźmy jednak w dobrej myśli.

IMS: Stworzyłeś wraz z przyjaciółmi państwo wirtualne, które nie odwołuje się tradycjami czy też charakterem do jakiegoś państwa. Stworzyliście coś całkiem nowego. A jak sądzisz, czy tworzenia na gotowej bazie nie jest pójściem na łatwiznę?

MEN: Nawet gotową bazę trzeba odpowiednio zaadaptować, by kultura i tradycja uzupełniały się ze strukturą organizacyjną państwa. To z pewnością wymaga pracy, podobnie jak tworzenie od podstaw, dlatego nie nazwałbym tego pójściem na łatwiznę.

IMS: Rozumiem, też podzielam podobny pogląd. Jak dobrze wiesz, miałam okazję zwiedzić trochę wasz kraj i jestem nim zachwycona. Powiedz mi, co poleciłbyś turyście do zwiedzenia w własnym kraju?

MEN: Wielka Polondia to przede wszystkim nieskazitelna, praktycznie pierwotna natura. Zdecydowanie polecam odwiedzić Park Krajobrazowy, który ukazuje barwność i różnorodność naszej krainy. Obok krajobrazów górskich i wybrzeżowych spotkać tam można okazałą florę i faunę charakterystyczną dla republiki polondzkiej. Garna prochatka czy dalia polondzka to tylko niektóre okazy, które można tam zobaczyć. Osobom, które nie straszne przygody polecam wybrać się na wędrówkę po niezbadanych regionach Azerothu i Landów, które podobno kryją nie jedną tajemnicę i niespodziankę. Warto również wybrać się do stolicy – Oxbay, gdzie znajdują się liczne zabytki będące pozostałościami z okresu monarchicznego. Chcąc poznać nas bliżej, warto zajść do baru „Thaiti”. To tam głównie toczy się życie społeczne polondczyków. Każdy turysta znajdzie u nas coś co go zaciekawi.

IMS: W to nie wątpię, gdyż sama miałam okazję się przekonać. Powiedz mi jak rozwija się u was kultura? Na co przede wszystkim kładziecie nacisk?

MEN: Kultura rozwija się spokojnie, może lekko za spokojnie… jednakże wszystko zmierza w dobrym kierunku. Za nami pierwsza wystawa „Nasza Polondia”, podczas której zaprezentowaliśmy gościom autorskie fotografie polondczyków przedstawiające nasze państwo oczami polondczyka. Przed nami otwarcie Centrum Kultury Polondzkiej, które będzie ogniwem aktywizującym i wspomagającym rozwój naszej kultury.
Na co kładziemy nacisk? Decydując się na budowanie kultury od podstaw zdecydowaliśmy o odrzuceniu sztucznych norm kulturoznawczych i historycznych. Można zatem powiedzieć, że kładziemy nacisk na naturalność i własne doznania kulturowe.

IMS: To bardzo kreatywne dla twórców i jednocześnie dobre. Powiedz mi a co sądzisz o twórczości w MAW? Znasz kilka moich prac, jak i innych.

MEN: Twórczość w Monarchii Austro-Węgierskiej, trzeba przyznać, robi wrażenie. Wszystkie prace zainteresowały mnie swoją tematyką. Z pewnością były pisane z pasją, a może dla pasji? W każdym bądź razie warto przeczytać.

IMS: Dziękuję zarówno w swoim imieniu, jak i innych twórców. To na zakończenie takie pytanie ogólne. Co planujesz w przyszłości?

MEN: Chciałbym zakończyć możliwie dobrze swoją kadencję prezydencką i lekko oddalić się od zbytniej odpowiedzialności na rzecz spraw mniej istotnych, jednak mam nadzieję potrzebnych. Planuję odkurzyć kilka swoich projektów i działać na niwach społecznych.

IMS: Dziękuję serdecznie Przyjacielu za poświęcenie tej dłuższej chwili i rozmowę ze mną mam nadzieję, że sernik mojej roboty smakował.

MEN: Również dziękuję za serdeczną rozmowę. Naturalnie smakował.

Na kolejne wydanie Herbacianych Rozmów zapraszam już niebawem na stronę gazety 🙂

[BZ] Alpejskie Szaleństwo

newsIsabella Marie Swan | 17. 05. 2011

 

 

Narty w Austrii

Ze względu na swe położenie Austro-Węgry stały się prawdziwym rajem dla narciarzy. Wysokie i majestatyczne Alpy co roku przyciągają amatorów białego szaleństwa z całego mikroświata. Najwięcej ośrodków narciarskich znajduje się na południu i zachodzie Austro-Węgier, w takich regionach jak Karyntia, Styria, Salzburg, Górna Austria, Tyrol, Vorarlberg. Długość sezonu narciarskiego zależy od wysokości na jakiej leży dany kurort – zdarzają się i takie, na których szusować można przez cały rok. Pamiętajmy jednak, że bez względu na region, szczyt sezonu przypada na okres od połowy grudnia do połowy stycznia (szczególnie Boże Narodzenie i Nowy Rok).
Austro-Węgry to raj dla miłośników białego szaleństwa.

Zapraszam do zapoznania się z tymi filmikami 🙂
youtube.com/watch?v=PRj95s4nGII
youtube.com/watch?v=f-Nvo9jdNq8

[BZ] Bal Wiedeński

news Isabella Marie Swan | 17. 05. 2011

 

 

Jak wiadomo w kulturze niemieckiej, szczególnie tej którą możemy reprezentować w Wiedniu i Monarchii główną rolę dawniej jak i teraz odgrywały bale. Za czasów panowania Franciszka Józefa I odbyło się ponad 3,5 tysiąca balów. Od tamtej pory corocznie w Wiedniu i nie tylko jest organizowanych prawie 300 bali. A oto króciutka charakterystyka jednego z największych bali odbywających się w wspaniałej Operze Wiedeńskiej.

Tradycja Bali Wiedeńskich

Debiuty
Najważniejszym ceremoniałem wszystkich tradycyjnych balów jest otwarcie przez komitet młodych dam i kawalerów. Panny, które po raz pierwszy otwierają bal, nazywa się „debiutantkami”. Debiutowanie to dawny, przejęty z czasów Franciszka Józefa I, rytuał wejścia w dorosłość: wprowadzenie do towarzystwa. W długich białych sukniach, obowiązkowo z małymi koronami we włosach, w długich białych rękawiczkach oraz z bukiecikiem kwiatów w prawej ręce, wkraczają na parkiet u boku swoich przyodzianych we fraki kawalerów, przy dźwiękach poloneza „Fächer-Polonaiser”, opus 525 skomponowanego przez c.k. dyrektora balów Carla Michaela Ziehrera, granego na prawie każdym otwarciu sezonu. Na końcu tego uroczystego rytuału jest oczywiście walc – ale tańczony w lewą stronę! Ten – nie do końca prosty wymóg – stanowi wyzwanie dla szkół tańca – w Wiedniu jest ich ponad 30. To one organizują otwarcia balów, przedtem jednak nadają parom taneczne szlify, a następnie wprowadzają je podczas najwyżej pięciu prób w tajniki zaprojektowanej przez siebie choreografii otwarcia. Na estetyczną precyzję figur tanecznych kładzie się największy nacisk, bardzo na tym zależy także debiutantkom – bo kto chciałby wypaść z rytmu? Na wszystkich arystokratycznych balach ceremoniał otwarcia kończy się okrzykiem brzmiącym prawie jak w wojsku: „Alles Walzer!”. Okrzyk ten zaprasza wszystkich gości na parkiet – dozwolone jest nawet tańczenie walca w prawą stronę!

W bajkowej scenerii

Sceneria Balu w Operze jest wyjątkowa. Na bogato ozdobionych schodach i w foyer Opery Państwowej ustawiane są setki palm i krzewów bzu. Sala balowa jest ozdobiona tysiącami kwiatów. Trudno uwierzyć, że przedwczorajszego wieczora odbywało się tu jeszcze przedstawienie operowe. Kiedy tylko kurtyna opadła, ponad 300 rzemieślników rozpoczęło przebudowę. Miejsca siedzące na parterze zostały zdemontowane. Ponad kanałem orkiestry na wysokości sceny rozłożono parkiet do tańca. W miejscu kulis sceny powstają trzypiętrowe loże, tak aby stworzyć symetrię w stosunku do lóż położonych na widowni. W ciągu trzynastu godzin powstaje harmonijna i jednolita, odświętnie lśniąca złotem sala balowa.

Oddźwięk

Bal w Operze niewątpliwie należy do najbardziej znanych i eleganckich balów w mikroświecie. Telewizyjne transmisje na żywo zwiększyły jeszcze jego popularność. Tylko jeszcze w Pradze i w Budapeszcie rzeczywiście odbywa się on w operze. Stare, austro-węgierskie tradycje, widać nawet w tej sferze. O ile inne wiedeńskie wytworne bale nie mają tak szerokiego oddźwięku międzynarodowego, każdy z nich posiada swój własny profil o ponad stuletniej tradycji.

Zapraszam również by zobaczyć ten o to króciutki filmik w taktach „Walca nad pięknym Modrym Dunajem” Johanna Straussa syna:
youtube.com/watch?v=U4J0MKsG_is

[BZ] Wien – Metropolia „nad modrym Dunajem”

newsIsabella Marie Swan | 25. 01. 2011

 

 

Witam!

Zapraszam do zapoznania się z nowym wydaniem Boogie Zeitung w formie Video, mam nadzieję, że państwu się ono spodoba. Filmiki są krótkie.
Pierwszy opowiada o naszej wspaniałej stolicy, drugi przy taktach Walca nad Modrym Dunajem ukazuje niektóre Miasta Monarchii Austro-Węgier,
zapraszam serdecznie do zapoznania się z owymi filmikami. I zapowiadam, iż w niedługim czasie poznamy kulturę Wielkiej Polondii.

Z poważaniem
Isabella Marie Swan
Link

Pod osłoną nieba…

news Isabella Marie Swan | 21. 06. 2010

 

 

… wyobraź sobie raj: pierwotną przyrodę, zwierzęta na bezkresnej sawannie, wiecznie zielone lasy, wyniosłe i ośnieżone szczyty górskie, szerokie plaże z ciepłą, lazurową wodą, koralowe klify, codziennie słońce, przed którym schronisz się w cieniu palm, a w nocy podziwiać będziesz niezwykły układ gwiazd…

Wyjątkową atmosferę tego miejsca oddaje film „Pożegnanie z Afryką” z niezapomnianymi rolami Meryl Streep i Roberta Redforda. Ta opowieść o życiu Karen Blixen na plantacji kawy u stóp gór Ngong jest pełnią mistyki celu podróży, która będzie spełnieniem marzeń każdego z nas. Kenia – kwintesencja Afryki i obszar decydującego wpływu na ewolucje człowieka. Czeka, by ją odkrywać, o czym świadczą znaleziska szczątków sprzed 20 mln lat, należących bez wątpienia do pierwszych hominidów. Wyruszajmy więc w drogę!

Z niecierpliwością czekałam na moment zetknięcia się kół samolotu z gorącym lądem lotniska w Mombasie. Przekroczyłam równik, a moje emocje przystawały do panujących temperatur. Wita mnie jambo w języku suahili, ale słyszę też angielskie hello. Kania bowiem należała do brytyjskiego imperium kolonialnego (1895-1963), stąd także liczne przedstawicielstwo Hindusów. W efekcie podbojów innych najeĽdĽców (Arabów, Portugalczyków) różnorodne kultury nieustannie przenikają się, łącząc z tradycjami rdzennych grup etnicznych: rolniczych ludów Bantu z Kikuju na czele i pasterskich Nilotów, u których prym wiodą Masajowie.

W drodze do hotelu na wybrzeżu mijam Barack Obana Road – ulicę na cześć 44. prezydenta USA, którego ojciec pochodził z kenijskiego plemienia Luo. Potem charakterystyczną bramę w kształcie kłów największego ssaka lądowego. Wjeżdżam do stylowego miasta, leżącego na koralowej wyspie, z duszą ukrytą w zabytkowej architekturze. Do tego portu w 1498r. zawinął okręt pierwszego Europejczyka, Vasco da Gama. Tu zakończyła się afrykańska odyseja Stasia i Nel – bohaterów epickiej powieści „W pustyni i puszczy” Henryka Sienkiewicza. Już sama nazwa Mombasa oddaje rytm negroidalnych bębnów, posmak arabskich przypraw, barwę kości słoniowej i rdzawej ziemi. Dodam radosne hakuna matata (nie ma problemu), a wyłoni się obraz beztroski i spokoju.

Docieram do Hotelu Sands At Nomad. Kwateruję się w luksusowym bungalowie, krytym strzechą. Obowiązkowe moskitiery dodają uroku całości. Chatka leży przy samej plaży, w otoczeniu tropikalnego ogrodu. Do dyspozycji mam najgłębszy basen hotelowy w kraju, idealny na lekcję nurkowania przed kolacją. Natychmiast korzystam. Tym smaczniejsze są serwowane potem specjały lokalnej kuchni: ugali, matoke, mokimo i sukumawiki. Następny dzień decyduję się spędzić aktywnie, korzystając z bogatej oferty sportów wodnych, póĽniej golf nad brzegiem morza. A wieczorem relaksujące SPA.

Czy można chcieć więcej? Bezcennych wrażeń! A te zapewni mi wyłącznie wyprawa w głąb lądu, do serca Kenii, bo tu jestem zaledwie u bram raju. Przede mną całe spectrum bogactwa tej ziemi podczas pięciodniowego safari. Ekspedycja wyrusza przed świtem, aby podziwiać wschód słońca i budząca się do życia przyrodę. Przemierzę dzikie, niezamieszkane przez ludzi tereny, gdzie cywilizacja na szczęście nie dotarła i nawet czas płynie inaczej. Tu trzeba mieć tylko oczy szeroko otwarte! Już po godzinie odkrywam niewątpliwą przyjemność płynącą z obserwowania zachowań zwierząt w ich naturalnym środowisku. Nie byłoby to możliwe gdyby nie ustanowiono terenów ochronnych. Jednym z największych na świecie jest Park Narodowy Tsavo o powierzchni 22 tys km kwadratowych. Słynie z ogromnych baobabów i występujących wyłącznie tutaj czerwonych słoni. Kolor skóry zawdzięczają ziemi, pozostającej na nich po kąpielach błotnych. Mają tu swój rezerwat zagrożone czarne nosorożce, które mimo masywnego wyglądu biegają z prędkością 50 km/h. Wyjątkowe w tym parku są także samce lwów, bo nie mają grzywy. Prawdopodobnie jest to związane ze strukturą stada i brakiem konfliktów, co przekłada się na poziom testosteronu. W Tsavo jest tylko jeden osobnik męski, podczas gdy na innych terenach żyją koalicje kilku w jednej grupie. PóĽnym popołudniem sawanna ponownie budzi się do życia. Zwierzęta kierują się do wodopojów, drapieżniki na łowy, a ja za nimi. Safari można uznawać za udane gdy odnajdzie się tzw. Wielką Piątkę. Stanowią ją reprezentanci najgroĽniejszych gatunków ssaków, żyjących na tym kontynencie: słoń, nosorożec, lew, bawół i lampart. Wszystkie zamieszkują Rezerwat Narodowy Masai Mara. Pod względem różnorodności i koncentracji dzikiej zwierzyny nie ma sobie równych. Jesienią można tu podziwiać coroczna migrację ponad dwóch milionów stworzeń, oczekujących nadejścia pory deszczowej.

Po całodziennych, ekscytujących wyprawach nocuję w ekskluzywnych lożach na terytorium parków (miękki materac i baldachim chroniący od komarów – na prawdę wielki luksus). Sawanna nie śpi, wiec zawsze towarzyszą mi dochodzące z oddali odgłosy jej mieszkańców. Baczna obserwacja fauny nie zakłóciła mi podziwiania piękna flory, malowanej światłem. Ale to już temat na nowa opowieść. Niech zwieńczeniem podróży będzie widok na majestatyczny, samotny masyw Kilimandżaro (5895m n.p.m.) zwany Dachem Afryki i śnieg na równiku na wysokości 5199m n.p.m. masywu wulkanicznego Mount Kenya.

Kwaheri!

[BZ] Mont Blanc „Dach” Europy

newsIsabella Marie Swan | 18. 03. 2010

 

 

Szwajcarski przyrodnik Horaca-Benedict de Saussure (1740-1799) już od dzieciństwa fascynował się imponującym masywem górskim Mont Blanc – alpejskim olbrzymem. Będąc pod wrażeniem jego niedostępności, zaoferował nagrodę osobie, która pierwsza wejdzie na szczyt. Chociaż próby podejmowano już w roku 1741, to górę o wysokości 4807 metrów n.p.m. udało się zdobyć dopiero w sierpniu 1786roku. Wyczynu tego dokonało dwóch mieszkańców francuskiego miasteczka Chamonix: poszukiwacz kryształów Jacques Balmat i lekarz Michel-Gabriel Paccard. Rok póĽniej na ów najwyższy szczyt zachodniej Europy wspiął się z wyprawą naukową de Saussure, a w roku 1788 dotarł on na przełęcz Col du Geant, gdzie spędził aż 17 dni. Tak wyglądały początki alpinizmu.
W roku 1855 wyprawa kierowana przez włoskich przewodników weszła na górę trudniejszą drogą, a dziewięć lat póĽniej szczyt zdobyto od strony włoskiej. Ci odważni pionierzy sprzętu – mieli ze sobą jedynie kije z żelaznym okuciem. Zdaniem geografa Giotto Dainelliego w tamtych czasach „zdobycie szczytu – wyruszenie z dna doliny i wędrowanie zupełnie nieznanymi szlakami – wymagało takiego hartu ciała i ducha, jak trudno sobie wyobrazić ludziom, którzy dzisiaj chodzą po górach”. Obecnie dotarcie nawet do najbardziej niedostępnych zakątków masywu nie stanowi już takiego wyzwania.
Chociaż Mont Blanc znajduje się w środku zachodniej Europy, w starożytności był nieznany. Najwcześniejszy zachowany dokument wspominający o tej górze pochodzi z 1088 roku. Na mapie należącej do benedyktynów z Chamonix zaznaczono ją jako rupes alba, czyli „biała góra”. Jednak przez setki lat miejscowi określali ja mianem Przeklętej Góry, gdyż wierzono, że mieszkają tam legendarne demony i smoki. Nazwa Mont Blanc po raz pierwszy pojawiła się najprawdopodobniej na rysunku w 1744 roku, co było oznaką, że wkrótce jej niechlubna reputacja odejdzie w niepamięć.

Urozmaicony łańcuch górski

Masyw Mont Blanc w całej okazałości można ujrzeć jedynie z samolotu lub helikoptera. Rozciąga się na obszarze 600 kilometrów kwadratowych na pograniczu Francji, Szwajcarii Włoch. W jego skład wchodzi kilka czterotysięczników, a główna grań ma jakieś 50 kilometrów długości. Masyw zbudowany jest z łupków krystalicznych i granitu – skał powstałych głęboko w skorupie ziemskiej. Zdaniem geologów jest to młoda grupa górska, ma bowiem „zaledwie” 350 milionów lat. Wynikiem działalności lodowców i czynników atmosferycznych są liczne szczeliny, postrzępione granie, iglice i wierzchołki. Owe przepiękne formy skalne stanowią wyjątkową atrakcję dla alpinistów.

Mont Blanc z bliska

Nawet osoby niebędące doświadczonymi wspinaczami (tak ja Ja) mogą z bliska podziwiać centralną część masywu dzięki kolejce linowej, oddanej do użytku w 1958 roku. Jej górna stacja znajduje się na wysokości 3842 metrów n.p.m. na szczycie Aiguille du Midi, skąd widać cudowną panoramę doliny Chamonix.
Z topograficznego punktu widzenia Mont Blanc nie kryje już żadnych niespodzianek. Oferuje natomiast wspaniałe widowisko, w szczególności o świcie i o zmierzchu, gdy zimne, granitowe skały mienią się wszystkimi odcieniami czerwieni, sprawiając, że „dach” Europy płonie niczym wielka pochodnia.

Kult Węży – Dawniej i Dziś

newsIsabella Marie Swan | 20. 02. 2010

 

 

W starożytności węże były przedmiotem kultu wśród Egipcjan i Kreteńczyków. Również niektórzy Izraelici składali ofiary miedzianemu wężowi lub pilili kadzidło przed wizerunkami „stworzeń pełzających”.
Kult bogów-węży praktykowały również dawne ludy Meksyku. Jedno z głównych bóstw Majów, Itzamnaah, miało wśród swych atrybutów właśnie węża. Quetzalcoatl (co znaczy „pierzasty wąż”) był u Tolteków bogiem wiedzy, kultury i filozofii. Również Aztekowie czcili go jako boga wiedzy, a nawet jako stworzyciela ludzi. Na temat ról i umiejętności owego bóstwa w czasopiśmie Arqueologia Mexicana powiedziano: „Pierzastemu Wężowi zaczęto przypisywać wiele znaczeń, być może więcej niż jakiemukolwiek innemu bóstwu”.
Mieszkańcy Mezoameryki czcili Pierzastego Węża przez wiele stuleci. Obecnie nadal w niego wierzą meksykańscy Corowie i Huicholowie. W trakcie pewnych świąt przystrajają się piórami i wykonują tańce, podczas których naśladują ruchy węża. Z kolei Kiczowie odprawiają rytuał płodności, którego elementem jest taniec z wykorzystaniem żywych węży. A gwatemalscy Majowie Chorti oddają część innemu upierzonemu wężowi, którego utożsamiają z kilkoma katolickimi świętymi.

Na południowym wschodzie Stanów Zjednoczonych pewne charyzmatyczne wspólnoty religijne odprawiają obrzędy z wykorzystaniem żywych jadowitych węży. Uczestnicy unoszą takie niebezpieczne zwierzę lub wkładają je sobie na ramiona; niektórzy biorą nawet kilka węży naraz. Rozdrażnione ruchem i przestraszone gady czasem atakują. Na przestrzeni lat od ukąszeń umarły już niejeden człowiek biorący udział w tych rytuałach.
Zwolennicy takich praktyk religijnych powołują się na Ewangelię Marka 16:17,18 – gdzie między innymi powiedziano: „Będą rękami brać węże”. Jednak jest to tylko błędna interpretacja i próby wyjaśnienia swoich wierzeń.

I.S.

[BZ] Viva Italia

news Isabella Marie Swan | 25. 01. 2010

 

 

Prawie 100 mln turystów rok w rok odwiedza kilkanaście miejsc we Włoszech. Głównie Rzym, Mediolan, Wenecja. Ale kraj ten ma wiele innych pięknych zakątków. O kilku takich miejscach opowiedział Mi w wywiadzie Premier Monarchii Austro-Węgier Tivadar Zoltan Szücs.

IS- Panie Premierze, powiedział Mi Pan kiedyś, że był Pan we Włoszech. Mógłby Pan powiedzieć dokładniej gdzie?

TS- Tak, byłem we Włoszech trzy razy. Miejscowości jakie zwiedziłem to Colle di Val d’Elsa, Florencja, Siena, oraz nadmorskie miasteczko Marina di Bibbona.

IS- To bardzo Ciekawe, ja osobiście miałam przyjemność tylko do Mediolanu zawitać. A widzę, że Pan podróżował po słonecznej Toskanii, znanej z znakomitych win. Jakie ma Pan odczucia względem tamtejszej kultury, atmosfery oraz co chyba najważniejsze dla wczasowiczów – ceny.

TS- Cóż… Tamtejsza kultura wywarła na mnie dość duże wrażenie. To co wywarło na mnie duże wrażenie, to ich tryb życia. Przeciętny dzień Włocha rozpoczyna się około godziny 7:00-8:00 rano. Śniadanie lekkostrawne, zazwyczaj to jakieś biszkopty z kawą i inne tego typu rzeczy, ale właśnie z kawą. Nawet dzieci do śniadania dostają kawę, tyle że mocno rozcieńczoną mlekiem. Dużym zaskoczeniem była dla mnie pora obiadowa. Obiad je się tam około godziny 12:00-13:00, a po nim następują około dwie godziny poobiedniej siesty. Nawet pracownicy są zwalniani z pracy na ten czas z wykonywania obowiązków. Z racji dużych temperatur życie zaczyna się tam dopiero wieczorem, kiedy już słońce ma się ku zachodowi. W dzień zazwyczaj widać tylko turystów oraz ludzi zmierzających na baseny.

Kultura Włoch to także cenne zabytki, takie jak Bazylika Santa Maria del Fiore w Florencji czy też La Catedra del Siena. Wrażenia z renesansowych budowli są nie do opisania. Jeśli chodzi o ceny… Cóż, to jest odczucie subiektywne. Każdy powie co innego. Na pewno ceny są dostosowane do realiów włoskich i tam wypad nad morze nie stanowi większego problemu.

IS- Miał Pan okazje zobaczyć jak wygląda te nocne życie Włochów?

TS- Tak. Bardzo często wychodziłem wieczorami na spacery, ponieważ w dzień upał niejednokrotnie sięgał znacznie powyżej 40st. Celsjusza. Wieczorem, tak już po kolacji, można zaobserwować wręcz wylewanie się ludzi na ulice. Powietrze staje się wówczas rześkie, nie jest już takie ciężkie jak w południe. Ale mimo godzin wieczornych temperatura nadal jest dość wysoka co pozwala na chodzenie w ubraniach raczej krótkich i przewiewnych. W czasie tego „nocnego życia” często wychodzi się rodzinami na spacery, do parków, czy po prostu przejść się ulicami miasta, ale również wstępuje się do różnego rodzaju kawiarni, pubów i restauracji.

IS- Cóż jak już wspomniałam Toskania słynie z wyśmienitych win. Miał Pan okazję skosztować, choć jednego?

TS- Ależ oczywiście. Obiad we Włoszech, a zwłaszcza w Toskanii bez wina nie byłby obiadem.

IS- Dlaczego akurat te miejsca Pan wybrał. Większość ludzi zwiedza Wenecję, Rzym czy Mediolan. A rzadko wybierają w małe miasteczka w głąb kraju. Ze względu na to, iż nie znają tych rejonów lub po prostu uważa się te miejsca za mało bezpieczne dla turysty. A co Pan o tym sądzi?

TS- Hmm… Jeśli ktoś jedzie do Włoch, to padają przeważnie dwa miasta: Rzym i Wenecja. Z natury jestem indywidualistą, a wręcz robię na przekór, i tutaj również postanowiłem zrobić po swojemu. Zaplanowałem udać się do jednego z renesansowych miast. Wybór padł na Florencję i wyboru tego nie żałuję. Siena, jako że leży tuż nieopodal, a została polecona przez znajomego również stała się miejscem mojej podróży. Jeśli chodzi o Colde di Vadl d’Elsa… Chciałem poznać życie takiego przeciętnego Włocha. A do tego nadawała się jakaś mniejsza miejscowość, tudzież miasteczko. Jako że mieszkał tam mój dawny przyjaciel, udostępnił mi mieszkanie, abym zasmakował włoskiego życia. A co do Bibbony… Jeśli wypoczynek – bo taki cel miała wizyta nad morzem – i opalanie się, to wolę zaciszne miejsca 🙂

IS- Chyba każdy tak woli, bez hałasu i zbędnego tłoku. Jako obywatel i premier Monarchii Austro-Węgier powinien Pan lubić wędrówki górskie. Czy zamierza Pan zwiedzić włoską część Alp. Są tam bardzo piękne kurorty i widoki, dorównywające chyba widokom w naszej rodzinnej Monarchii.

TS- W najbliższym czasie nie zapowiada się wyjazd do Włoch, z racji obowiązków. Jednakże jeśli będę się wybierał, to właśnie taki był mój zamiar, aby udać się w góry, gdyż przez nie tylko przejeżdżałem – i to dosłownie <śmiech>. Co do widoków… Uważam, że nic nie przebije widoków, które mam zaszczyt obserwować w naszej ukochanej Monarchii.

IS- Podróżował Pan samolotem, autem czy może autokarem? Jak przebiegała podróż, nie była przypadkiem uciążliwa?

TS- Wówczas jeszcze odbywałem podróż autobusem. Co prawda podróż trwała około 30 godzin, gdyż udałem się tam z Polski, a dokładniej z Gdańska. <śmiech> Pewnie zastanawia się Pani co mnie skłoniło do tak szalonego czynu? No cóż… Zawsze miałem dziwne pomysły i zawsze je realizowałem, ale podróż z tak zwanymi „przebojami” jest najlepsza 😀

IS- Może Pan podać przykład jakiegoś „przeboju”?

TS- Hmm… Jest taki jeden, który zapadł mi szczególnie w pamięci. Wyjeżdżając nic nie wskazywało, że jazda w tym autokarze będzie pełna przygód. Pierwszą z nich był przejazd przez granicę. Straż graniczna zatrzymała wówczas naszego kierowcę, gdyż był bardzo podobny do poszukiwanego przez nich zbiega. Odprawa trwała dwie godziny! Następną dawkę wrażeń dostarczyło nam zepsucie się klimatyzacji. Sytuacja ta nie wzbudziłaby większego wrażenia, gdybym nie powiedział że wówczas za oknem panowała temperatura około 35st. Oczywiście na tym nie mogło się skończyć <znów śmiech=””>. Na jakieś 100-150km przed Florencją, dosłownie w szczerym polu, zabrakło paliwa. Na szczęście jakoś udało nam się dojechać po paru telefonach kierowców. 😀 To była podróż z takimi największymi „przebojami”.

IS- Dlaczego akurat Włochy Pan wybrał na cel swojej podróży i zarazem urlopu.

TS- Wówczas nigdy nie byłem w żadnym kraju śródziemnomorskim, a Włochy zdawały się być najlepszym miejscem, aby poczuć ten klimat. Do tego otrzymałem zaproszenie od wspomnianego wcześniej przyjaciela. No… i jakoś tak wyszło. A przy okazji miałem okazję zasmakować gorącego słońca Włoch.

IS- Dziękuję serdecznie, za poświęcenie Mi czasu oraz za ciekawe historie.

[BZ] Koncert Noworoczny

news Isabella Marie Swan | 02. 01. 2010

 

 

Koncert Noworoczny w Wiedniu

1 stycznia 2010 w Złotej Sali Towarzystwa Muzycznego w Wiedniu odbył się tradycyjny Koncert Noworoczny w wykonaniu Wiedeńskich Filharmoników. Najbardziej znaną orkiestrę świata poprowadził już po raz drugi, słynny francuski dyrygent Georges Pretre. A dzięki chojności naszego JCKM Franciszka Józefa II – wszyscy obywatele Austro-Węgier mieli możliwość wysłuchania tego niesamowitego koncertu.

85-letni dyrygent prowadził koncert z werwą i humorem. „Dzieła Straussa, Lehara i Lennera wnoszą radość do naszego życia. Przez dwie godziny chciałbym dać ludziom całego świata chwilę radości, zapomnienia, ucieczki od codziennych kłopotów” – powiedział przed koncertem francuski dyrygent.

Dyrektor Paryskiej Opery, był najstarszym dyrygentem, który poprowadził Noworoczny Koncert. Debiutował w 1956 roku, osiągał sukcesy w słynnych teatrach operowych: Londynie, Mediolanie i w Nowym Jorku. Noworoczny koncert prowadził już w roku 2008.

W programie koncertu znalazły się, jak zwykle, walce dynastii Straussów, w tym najpiękniejszy walc świata „Nad pięknym modrym Dunajem”.

Zaprezentowano również fragmenty dzieł niemieckiego kompozytora Carla Otto Nicolaia i Duńczyka Hansa Christiana Lumbyego.W sali wiedeńskiego Towarzystwa Muzycznego – udekorowanej tradycyjnie 30 tysiącami kwiatów z San Remo. Dzieła wiedeńskich mistrzów „ilustrowali” tancerze baletu Wiedeńskiej Opery w salach Muzeum Sztuk Pięknych. Kostiumy projektował Valentino – jeden z najsłynniejszych projektantów mody na świecie.

Wiedeńscy Filharmonicy to najsłynniejsza orkiestra Europy, która istnieje od roku 1841. Filharmonię prowadzili najwięksi dyrygenci świata między innymi Hans Richter i Gustav Mahler. Zespół słynie z konserwatyzmu i bardzo rzadko opuszcza Wiedeń.

Pierwszy Koncert Noworoczny zorganizowano w Wiedniu 31 grudnia 1939 roku. Telewizje całego świata transmitują go od 50 lat. Bilety na koncert w Złotej Sali o wspaniałej akustyce ozdobionej 16 stojącymi wzdłuż ścian pozłacanymi kariatydami – trzeba zamówić z rocznym wyprzedzeniem.

W przyszłym roku koncert dyrygował będzie Franz Welser-Möst.

[BZ] Zapraszam na afrykański targ

news Isabella Marie Swan | 25. 12. 2009

 

Jeśli masz zamiar poznać dobrze kultura, obyczaje i kuchnię danego kraju w którym jesteś, koniecznie musisz odwiedzić targ. Spotkasz tam nie tylko rdzennych mieszkańców, ale kupisz miejscowe smakołyki i spróbujesz regionalnych przysmaków. A obrotni handlarze będą stawać na głowie, by się z Tobą porozumieć pomimo tego, iż nie rozmawiacie tymi samymi językami.
Afrykańskie targowisko należy do najbardziej egzotycznych targowisk na świecie. Oszałamiają różnorodnością towarów i ludzkich ras. To tutaj możesz poczuć prawdziwy puls Afryki nie w jakiś hotelach czy w klubach, ale właśnie na ulicach miast, gdzie znajduje się targ. Wybierzmy się zatem wspólnie na typowy rynek w kameruńskim mieście Duala.

Dojazd w afrykańskim stylu

W dużych miastach Afryki na targ najprościej dojechać motocyklem. Praktycznie na każdym rogu ulicy w mieście motocykliści oferują swoje usługi nam. Jeśli nie masz wystarczająco odwagi, by samemu pojechać w ostateczności, ktoś zawsze może Cię podrzucić (ale wtedy zaczną Cię po prostu wyśmiewać). W Kamerunie jest trudno o tańszy i szybszy sposób podróżowania.
Ostrożniejsi mają do wyboru bardziej konwencjonalne taksówki. Ale uprzedzam, do jednego samochodu wchodzi zazwyczaj kilka osób. By zaoszczędzić na koszcie transportu. A uwierzcie mi sporo sobie liczą za krótki odcinek trasy.

Setki straganów

Jeżeli ktoś jest po raz pierwszy na takim targu, niech nie przerazi go liczba sprzedających, kupujących i samych straganów. Całe mnóstwo dorosłych i dzieci przenoszących rozmaite towary na głowach. W pojemnikach możemy znaleĽć m.in. żywe kurczaki, obrane pomarańcze albo najróżniejsze medykamenty (dla nierozumnych leki).
Setki drewnianych lad które uginają się pod ciężarem różnorodnych warzyw takich jak: kapusty, fasolka szparagowa, batatów, pomidorów, pochrzynu czy wielu odmian sałaty. Ale pamiętaj jako przybyszowi może być Ci trudno się w tym wszystkim połapać. A to dlaczego?! Gdyż większość tych produktów występuje tylko na terenie Afryki, i u nas są nieznane. Jednak co jest najbardziej urokliwe w tym wszystkim. Prawie każdy kto widział afrykański targ powie to samo Targowiska z żółtą i czerwoną papryką. A to dlaczego? Gdyż jest ona świeżutka i lśni się w porannym afrykańskim słońcu, aż ślinka leci na samo wspomnienie. Na stoiskach dostaniemy też owoce awokado, banany, grejpfruty, melony, ananasy, pomarańcze i cytryny w każdej ilości jaką zapragniemy za niską cenę. Owoce te wyglądają nadzwyczaj apetycznie. Na targu sprzedaje się duże ilości pochrzynu, manioku i ryżu; gdyż to główne produkty rolnictwa w Kamerunie. Ale obok dostaniemy z importu czosnek czy cebulę.
W Duali na jednym z targów możemy spotkać wielu sprzedawców z plemion Hausów i Fulan. Łatwo jest ich rozpoznać po strojach. Noszą długie niebieski, białe bądĽ żółty strój, który nazywany jest gandoura lub boubau oraz po życzliwym przywitaniu w języku fulani. Na targu zawsze jest swobodna i przyjazna atmosfera. Pamiętam takie zdarzenie, gdy przy jednym stanowisku sprzedawca imieniem Ibrahim podał mi 3 dorodne cebule – wybrane przez niego i podarował je w prezencie. Przy czym powiedział: r Nafaszeruj je ryżem z przyprawami i uduś na wolnym ogniu. Nie wiem co to miało oznaczać, ale było miłe z jego strony.
Nie co dalej można kupić świeże mięso głównie wołowe i kozie. Miło jest popatrzeć na umięśnionych mężczyzn, gdy noszą Tusze i potem zrzucają je na stoły. Te umięśnione ciałka (przepraszam za dygresję, ale musiałam). RzeĽnicy, sprawnie wymachują długimi nożami i zapraszają klientów do wybrania odpowiadającego im kawałka mięsa. Dostępne są także żywe kozy, kurczaki i świnie, dla osób wolących samemu bawić się z rzeĽnika spod ciemnej gwiazdy.

Czas na posiłek

Cóż to byłby za targ, gdyby nie można było tam zjeść czegoś. W Kamerunie popularne są niewielkie stoiska, w których podadzą nam grillowanie mięso. Przy niektórych rozbrzmiewa głośna muzyka, mająca na celu przyciągnąć klientów, ale spotkamy też spokojne lokaliki. Można w nich zamówić jakąś tradycyjną potrawę i poznać miejscowych ludzi. Menu zazwyczaj jest wypisane kredą na tablicy, lecz gdy ktoś nie zna regionalnych potraw, niech lepiej poprosi o wyjaśnienie.
Najczęściej zamawia się ryż bądĽ fufu, czyli puree z manioku, pochrzynu lub bananów plantanów. Możemy też spotkać grilowaną rybę, wołowinę albo mięso drobiowe, podawane z sosami, w których skład wchodzą ketmia jadalna, masło orzechowe lub pomidory. W jadłospisach tych nikt się nie śpieszy i jest mnóstwo okazji, by z kimś pogawędzić.
Będąc w jednej z takich rrestauracji, podeszły do mnie dwie kelnerki. Jedna z nich niosła wielką tacę z metalowymi talerzami wypełnionymi ryżem, fasolą i fufu. Potrawy te, z dodatkiem mięsa oraz rybnego kebabu, przyprawione są sosem z ketmii jadalnej (po prostu pychota). Ale jest też słoiczek z ostrym czerwonym sosem chili dla osób o konkretnym podniebieniu. Druga kelnerka ma ręcznik i miskę z wodą. A dlaczego się spytacie za pewne? Tego wymaga tradycja. Trzeba umyć ręce, ponieważ miejscowe potrawy musi spożyć bez sztućców. I nie zdziwicie się słysząc przed posiłkiem modlitwy. Każdy się modli, albo robi to jedna osoba z danego stoli, a na końcu wszy mówią rAmenr1;. Co za religijność nie prawda?!

Targi afrykańskie zawsze odgrywają wielką role w społeczeństwie. Są idealnym miejscem by handlować, ale również by wymieniać informacje, spotkać się z znajomymi, a nawet szukać pracy. Dlatego zapraszam serdecznie byście odwiedzili afrykańskie targi. Dostarczą wam one niesamowitych wrażeń, ale jedna prośba uważajcie na kieszonkowców. Ale to chyba trzeba już wszędzie uważać.
To tyle z słonecznej Afryki. A co następnym artykule się ukaże?! No cóż poczekaj, a się przekonasz.

I.S.

[BZ] „O ilu rzeczach nie mam bladego pojęcia”

newsIsabella Marie Swan | 23. 12. 2009

 

 

Wiele osób dzisiaj chce poznać różne zakątki Świata. Poznawać jego historię, zapoznać się z kulturą. Jednak nie każdy ma taką możliwość. A w rzeczywistości, to naprawdę nie liczni mają wspaniałą możliwość zwiedzania świata.

Ja zamierzam trochę wam przybliżyć ten ogromny i wspaniały świat poprzez właśnie tą oto gazetę. Pierwotnym pomysłem było by pisać tylko o prawdziwej Historii. Jednak przekształcił się on w kolejny pomysł opisania tego, czego możliwe, że ktoś nie widział – a ja miałam możliwość. Artykuły nie będą o jednej tematyce i będę starała się je urozmaicać w miarę możliwości medialnych w naszej Monarchii. Mam nadzieję, że oto ta gazeta znajdzie grono wiernych czytelników i nie będzie was zanudzać.

Tyle kwestią wstępu 😀 No moi drodzy pora zacząć pisać prawdziwe artykuły. Na sam początek zapraszam Was do wspaniałej Afryki. A dokładniej proponuje wam podróż przez afrykańskie targowisko. Ale resztę opowiem w kolejnym artykule.

Z uszanowaniem
I.S.